Dwa lata temu nie całkiem przypadkowo trafiłam na Fundację OnkoSiła. 

Piszę, że nie całkiem przypadkowo, bo zupełnie świadomie szukałam organizacji, w której mogłabym działać jako wolontariuszka. Dzielić się swoimi umiejętnościami oraz robić coś, co będzie miało znaczenie dla świata. 

Ale, że to właśnie OnkoSiła pojawiła się w wyszukiwarce, to już splot algorytmicznych zdarzeń.
Moja pierwsza rozmowa z Izą Neumann-Tarasiewicz, prezeską Fundacji, trwała ponad godzinę. Rozmawiałyśmy ze sobą, jakbyśmy znały się od zawsze. Po pięciu minutach mówiłyśmy sobie po imieniu, po kolejnych wiedziałyśmy o sobie wszystko, co należało wiedzieć. Kolejne minuty upłynęły nam na tworzeniu wizji naszej współpracy. 

Cholernie bałam się tematu raka. Nigdy wcześniej nie miałam bezpośredniego kontaktu z osobą chorą na nowotwór. Tymczasem teraz miałam spotykać takie osoby często. Przerażało mnie to. Nic nie wiedziałam o świecie i życiu ludzi chorujących onkologicznie. To, co wiedziałam, znałam z filmów. Nie wiedziałam, jak tańczy się się z ludźmi, którzy będą wnosili na salę dodatkowego „partnera”. 

A zatem miałam zacząć długi proces poznawania tego wszystkiego, wsłuchiwania się w opowieści i doświadczenia. Były często tak trudne, że mój mózg nie potrafił sobie tego poukładać. Historie diagnoz, leczenia, wzlotów i upadków, bólu, rozczarowań, wielkich i małych zwycięstw, rodzajów leków, terapii, klinik, nazwisk profesorów, dziwnych medycznych nazw. Wciąż jednak byłam ja i był świat onko. Dystans zachowany, równowaga w normie. 

Tylko, że widzisz… To jest tak. 

Kiedy wchodzi się w coś z poczucia obowiązku, łatwo jest wyznaczać granice. Albo można się ich nauczyć, jak w przypadku doskonałych psychoterapeutów. To daje jakąś gwarancję przetrwania. 

Kiedy jednak zaciera się granica między byciem gościem w życiu danej społeczności, a byciem częścią wspólnoty – utrzymanie granic jest niemożliwe. Wiesz, dlaczego?

Bo nie chce się ich wyznaczać i utrzymywać. 

Stawanie się częścią wspólnoty, która żyje dla siebie nawzajem nie dlatego, że ma taką filozofię i że to jest atrakcyjne, tylko z powodu zwykłej, ludzkiej, empatycznej potrzeby – dzieje się tak naturalnie, jakby było się w tej wspólnocie od zawsze. Ja sama nie wierzę, ze to dopiero dwa lata. OnkoSiła jest tak integralną i ważną częścią mojego życia, że mam wrażenie, że jestem w niej znacznie dłużej. I chociaż działam tu jako wolontariuszka, odwiedzamy chorych na oddziale onko, robimy warsztaty i zajęcia dla pacjentów i ich bliskich, prowadzimy grupę wsparcia emocjonalnego – to nie czuję się i nie jestem już „kimś z zewnątrz”. Jestem jak najbardziej z wnętrza, z trzewi OnkoSiły. Jestem onkosilna, chociaż na razie bez diagnozy…

Nie trzymam więc granic ni w cholerę, pozwalając sobie z każdym kolejnym spotkaniem, warsztatem, rozmową, wsiąkać coraz bardziej w ludzi. I tutaj… no cóż. Tutaj zaczyna się trudniej. 

Bo bywa, bywa często, że trwając u boku różnych osób w OnkoSile, robimy wiele rzeczy razem. Tworzymy ten nasz świat fundacyjny dla siebie, ale przede wszystkim dla innych, zagubionych w świeżych diagnozach, lub zmęczonych w leczeniu. Robimy więc te rzeczy, planujemy, organizujemy, prowadzimy… a potem siadamy po wszystkim z kubkiem herbaty na podłodze i gdy już wszyscy sobie pójdą, obgadujemy sprawy i rozluźniamy się. Wtedy, bardzo w to wierzę, tworzą się najsilniejsze więzi między nami. W tych ostatnich chwilach razem, tuż przed rozejściem się w swoich kierunkach. 

Podczas tego ostatniego spotkania, po wyjściu ostatnich gości z naszych trzecich, fundacyjnych urodzin, puściłam tę piosenkę o niebieskich kosmitach, które dabudibudabudibu są całe niebieskie i wszystko wokół nich jest niebieskie. Włączyłam wtedy kamerkę w telefonie i zaczęłyśmy drzeć się do obiektywu, wymachując łapami i tyłkami, uradowane muzyką naszych młodzieńczych doświadczeń dyskotekowych. „I’m blue!” – krzyczałyśmy, udając, że to śpiew. To było ekstatyczne i prze radosne doświadczenie. Po powrocie do domu wrzuciłam na naszą grupę ten filmik i oczywiście polały się łzy ze śmiechu. Ona gdzieś w Bytomiu, ja w Nakle, połączone tańcośpiewem wyrośniętych dzieciaków nowego milenium. 

Zaraz miały się zacząć wakacje, wiadomo, czerwiec i truskawki na straganach… Odpuściłyśmy kolektywnie zajęcia sportowo-taneczne, które Ania koordynowała. Wakacje są po to, żeby łapać oddech, nabierać sił i wracać we wrześniu do zajęć, może napisać jakiś projekt, może skołować kasę z Urzędu Miasta w Bytomiu? Należałoby docenić działania Fundacji, która od lat pro bono działa na rzecz onko pacjentów i Ich rodzin, prawda…?

No więc odpuściłyśmy. Czerwiec. Lipiec. Sierpień. Piknik Pełen Zdrowia, super wydarzenie, które – gdy piszę te słowa, mamy już za sobą. To było wczoraj. 

I wczoraj był ten dzień, gdy mój mózg nie rozumiał, co się dzieje. 

Bo gdy jedna jego część darła się do mikrofonu, uśmiechnięta i podekscytowana, druga niosła taką zapisaną w zwojach mózgowych informację: 

Ani od trzech dni już nie ma. 

Ani nie ma. Na początku tygodnia, tego szalonego tygodnia pełnego przygotowań do pikniku, wizyty mojej ukochanej przyjaciółki i Jej córki, rozmowy kwalifikacyjnej, pracy i życia w ogóle – jeszcze była. 

Parę dni później Jej nie ma. 

Uznała, że czas się rozejść, obrała swój kierunek i poszła sobie. Poszła sobie, zostawiła mnie tu z tym wrześniem i teraz skąd ja mam wiedzieć, czy startujemy czy nie? Kto mi to powie? Kto poprosi o wskazanie dostępnych terminów, żeby ułożyć grafik? Kto ze mną zaśpiewa, że jestem niebieska? Kto na naszej grupie napisze do nas „Girls!”…?

Ani nie ma. 

Niebieski taniec był naszym ostatnim spotkaniem. Wtedy jeszcze tego nie wiedziałam. Gdybym to mogła jakimś magicznym cudem wiedzieć, zatrzymałabym Ją na dłużej, chociaż była zmęczona. Zrobiłabym jeszcze herbatę i włączyła cicho muzykę. I powiedziałabym Jej, że wciąż wisi mi obiecany makijaż. I spotkałybyśmy się jeszcze raz.

I kiedy tak napieprzałam jak szalona między stanowiskami podczas wczorajszego pikniku, mój niepokorny i strasznie pogubiony mózg przypominał mi co jakiś czas, że Ania poszła w swoją stronę. Pozwoliła mi jeszcze w tej ciepłej, szalonej chwili po naszych urodzinach, gdy wszyscy goście już poszli, zobaczyć siebie w radości i sile nastolatki.
W uśmiechu pokonującym na te kilka minut piosenki o niebieskich ufoludkach ból i cierpienie, których doświadczała.
W kocich ruchach, zostawiając za sobą wszystkie trudne tematy o kobiecości i cielesności.
W dystansie do siebie w obecności innych osób, które już zaczęły sprzątać salę po imprezie, bez skrępowania skacząc i śpiewając do kamery w telefonie.

To wszystko mi dała podczas naszego ostatniego spotkania. A potem Ona wsiadła do swojego auta, ja do swojego i miałam to wspaniałe uczucie, że zbliżyłyśmy się do siebie. To był ten moment zacieśnienia, tuż przed rozejściem się w swoją stronę. Gdy jest się bliżej drugiej osoby, niż zwykle. Prawdziwiej. 

Czy mam prawo powiedzieć „ch..j z tym całym pier….leniem! Jeb…ny rak. Nie zgadzam się!” gdy jestem w szeregach organizacji, w której przecież tak jest, że się kogoś wita, żeby go za chwilę pożegnać? Czy to jest argument, że „przecież wiedziałam, na co się piszę”?

Dorota Masłowska powiedziała w wywiadzie z Mariuszem Szczygłem, że mamy za dużo opinii, a naprawdę nie musimy jej mieć na każdy temat. Nie trzeba uważać, że fundacja onkologiczna jest naznaczona śmiercią i jest trudnym miejscem. Nie trzeba również uważać, że wiedziałam, na co się piszę, gdy wybierałam OnkoSiłę. Nie trzeba posiadać opinii na temat tego, że nie zamierzam rezygnować, narażając się na kolejne doświadczenia straty i smutku. Nie trzeba w ogóle mieć opinii. Wystarczy nas zobaczyć i pozwolić nam w Fundacji robić swoje: witać osoby, żegnać je, czasami żegnać je na zawsze. Mieć pęknięte serce, płakać, nie wierzyć w to, co się stało, cierpieć, koić swój ból, trwać, żeby móc z kimś przeżyć kilka minut szczęścia we wspólnym tańcu. 

Bo tutaj tak jest, że się do kogoś zbliżamy i potem cierpimy, gdy ta osoba odchodzi.

I nie ma w tym nic, co wymagałoby jakiejś opinii czy oceny. Wystarczy nam na to pozwolić. 

Aniu, tęsknię. Jestem niebieska.